Lucia Vaskova & Rafał Janicki

WYDANIE: HITCHHIKER 01 - LATO 2016

Mówimy: Pomału dalej zajedziesz, ale w rzeczywistości
praktykuje się zasadę: Szybszy wygrywa.

W kraju, jakim jest Nepal, powolne tempo to podstawa sukcesu, szczególnie w miastach, podczas przechodzenia przez ulice, na których nie ma świateł i nie panują praktycznie żadne zasady ruchu. Jedyne rozwiązanie, to poruszać się bardzo powoli i płynnie – tak, jak lokalni mnisi – kroczek za kroczkiem. W innym przypadku ryzykujemy, że zmiecie nas ogrom motocykli, autobusów, aut, riksz i pojazdów domowej roboty, które w zadziwiający sposób poruszają się po nepalskich drogach.


Pewnego razu, podczas próby przejścia przez niezwykle zatłoczoną ulicę w Katmandu, pewien Nepalczyk widząc moją bezradność, chwycił mnie za rękę i przekrzykując hałas ulicy zawołał: „Powolutku, powolutku!”. I rzeczywiście, w momencie, w którym człowiek uspokoi umysł, zwolni i nabierze pewności, cały świat, a wraz z nim nadjeżdżające samochody i motocykle, rozstępują się wokół nas, po czym przejeżdżają płynnie jak woda obmywająca kamienie w rzece.

I w takiej powolnej atmosferze zaczęliśmy nasz himalajski trekking dookoła jednej z najwyższych gór świata – Annapurny. Cały okrężny szlak ma 230 kilometrów długości, którą można przejść pieszo. Ewentualnie, jej początkowe i końcowe odcinki skrócić jazdą jeepem, co pozwala zaoszczędzić kilka dni. Na szlaku jest wiele podejść, dużo śmiechu, romantyzmu oraz dużo schodzenia.


Jeepem czy pieszo?

Przed wyprawą przeczytaliśmy, że pierwsze dwa dni trekkingu przechodzą przez mało interesujący subtropikalny krajobraz, a szlak wiedzie drogą. Dlatego najlepiej skrócić trasę podjeżdżając terenówką. (Co swoją drogą jest nie prawdą).

W naszym dziesięciomiejscowym samochodzie
znalazło się razem 14 osób i dwie żywe kury.

Naszą wyprawę rozpoczęliśmy w miasteczku Besisahar od rytuału targowania i negocjacji ceny za pięciogodzinny przejazd autem. Po ponad godzinie teatralnych gestów i ciężkich targów, uzyskaliśmy aż 40% zniżki. Zadowoleni, w euforii, niewinnie wskoczyliśmy do niezniszczalnego jeepa marki Mahindra. Zakładaliśmy, że droga nie będzie łatwa, ale zrozumieliśmy to dopiero w momencie, gdy w naszym dziesięciomiejscowym samochodzie znalazło się razem 14 osób i dwie żywe kury.


Ups…

Pierwsze pół godziny jazdy pełne ciasnych zakrętów i podskoków na wyboistej, kamiennej drodze minęło nam w rytmie indyjskich serenad i hitów disco z lat 90-tych. Z każdym kilometrem nasz jeep wspinał się wyżej. Relief krajobrazu zmieniał się bardzo szybko, aż w pewnym momencie powierzchnia drogi stała się kamienistym traktem pełnym kolein, dosłownie wyciętym w kilkusetmetrowej skale, poprzecinanej wodospadami wylewającymi się na drogę.

Od tego momentu nasz poziom adrenaliny osiągał maksimum, szczególnie w sytuacjach, gdy na drodze o szerokości dwóch metrów, nieogrodzonej żadną barierą, musieliśmy minąć się z nadjeżdżającymi z naprzeciwka innymi jeepami. Raz w takim momencie jedno z kół naszego pojazdu zaczęło osuwać się w przepaść, jednak kierowca skomentował ten fakt jedynie cichym: „ups”.


Wędrówka

Kilkugodzinna podróż autem była jednym z najbardziej emocjonalnych przeżyć całego trekkingu. Na zmianę paraliżował nas strach o własne życie, ale również wypełniał zachwyt nad nieopisanym ogromem i pięknem krajobrazu. Dojechawszy do celu, a zarazem prawdziwego punktu początkowego naszego trekkingu, uświadomiliśmy sobie, że pierwotna cena za przejazd miała sens. Dlatego też z wdzięczności za bezpieczną podróż i pod wrażeniem doświadczenia naszego szofera, postanowiliśmy dobrowolnie dopłacić, aby wyrównać do jej początkowej stawki.

Listopad jest uznawany za najlepszy okres do trekkingu w rejonie Annapurny. Sezon turystyczny zaczyna się w połowie września, kiedy nadchodzi pora sucha i trwa do początku grudnia. Później w górach zaczynają panować tak silne mrozy, że lokalne, górskie wioski wyludniają się, a ludzie schodzą w cieplejsze doliny, by przeczekać zimę.

Podczas trekkingu śpimy zawsze w lokalnych domach, które miejscowi nazywają po angielsku Lodge albo tea house (dom herbaciany). Na całym szlaku obowiązuje zasada, że noclegi są darmowe, ale za to wszystkie posiłki muszą być konsumowane w domu, w którym zamieszkujemy. W większości przypadków pokoje są skromne, ale bardzo czyste. Sypialnie są nieogrzewane i dlatego turyści spędzają większość czasu razem w jadalni, zgromadzeni wokół pieca. Najczęściej, po paru minutach wszyscy bardzo szybko zaprzyjaźniają się i praktycznie wszystkie wieczory spędzamy na opowieściach oraz zbieraniu porad pomocnych przy przejściu szlaku.

DSC_7697

Nasz trekking rozpoczęliśmy w wiosce Tal, ulokowanej w przepięknej dolinie. Swoją urodą i architekturą przywodzi na myśl raczej austriacki kurort niż wioskę w sercu Himalajów. Na szlak wyruszamy najczęściej już z samego rana, po szybkim śniadaniu, około godziny 7. Wędrujemy masywnymi dolinami, przeprawiamy się po wiszących mostach i zwiedzamy wioski, w których wszyscy witają nas z uśmiechem. W okolicach południa robimy przerwę, by uzupełnić siły według menu ułożonego przez Trekkingowe Towarzystwo Annapurny. Jest ono dokładnie takie samo we wszystkich hotelikach i restauracjach na szlaku, ale ceny rosną wraz z wysokością nad poziomem morza.

W każdej wiosce, którą mijamy po drodze, tubylcy oferują nam nocleg, kubek mleka lub herbaty czy też dal bhat. Jest to tradycyjny nepalski posiłek, który je się w całym kraju na śniadanie, obiad i kolację. Jego składniki i smak różnią się w zależności od domu i zdolności kucharza. Podstawowe składniki to: ryż, dal – gęsta zupa z soczewicy, curry (prawie zawsze wegetariańskie), kawałek niesfermentowanego chleba, a do tego różne warzywa sezonowe. Kolejnymi obowiązkowymi składnikami są ostro przyprawione, marynowane warzywa i korzenie. Zamawiając to danie, zawsze można poprosić o darmową dokładkę, co szczególnie upodobali sobie wygłodzeni turyści.


Himalajski rytm

Nasz codzienny marsz kończymy przed zachodem słońca, około godziny 5 wieczorem, kiedy to zaczynamy rozglądać się za kolejnym noclegiem. W Himalajach słońce zachodzi bardzo szybko i prawie natychmiast temperatura spada. Codziennie doświadczamy dużych różnic temperatury. O poranku ubieramy się tak, jakby był środek zimy, ale gdy tylko słońce wyłoni się zza gór, temperatura szybko wzrasta. Grube puchowe kurtki lądują w plecakach i przez resztę dnia wędrujemy w koszulce i szortach.

Razem ze słońcem na niebie, poruszają się również lokalni Szerpowie. Ci, w oczekiwaniu na nadchodzących turystów, spędzają dnie na progach swoich domostw. Rankiem zobaczycie ich przed swoimi domami, siedzących na ławeczce. W okolicach popołudnia wygrzewają się na schodach Gompy (buddyjskiej świątyni), by wieczorem znaleźć się u sąsiadów, po przeciwnej stronie ulicy. Wspólnie popijają gorącą, mleczną herbatę, łapiąc ostatnie ciepłe promienie słońca.


Coraz wyżej

Po kilku dniach marszu jesteśmy już na wysokości 3000 metrów i zaczynamy odczuwać zmęczenie, a także pierwsze symptomy wysokości – codzienny, wieczorny ból głowy oraz płytszy oddech. Zaleca się, by bardzo poważnie traktować sygnały organizmu, ponieważ największym zagrożeniem na szlaku jest właśnie choroba wysokościowa. Nierozpoznana w porę, prowadzi do obrzęku mózgu, a w skrajnych przypadkach nawet do śmierci. Staramy się nie panikować i powolutku, każdego dnia wspinamy się coraz wyżej, starając się jak najlepiej zaaklimatyzować. Za każdym zakrętem drogi odnajdujemy zapierające dech w piersiach panoramiczne widoki na kolejne doliny i pokryte wiecznym śniegiem ośmiotysięczne szczyty.

Po drodze mijamy wiele małych wiosek. Większość turystów najczęściej zatrzymuje się jedynie w tych większych i bardziej popularnych. Tam biznes kręci się najszybciej. Jednak to właśnie w tych najmniejszych i najrzadziej uczęszczanych osadach atmosfera jest najprzyjemniejsza i najbardziej autentyczna.

DSC_7084
Thorung La

Pewnego dnia, przechodząc przez taką wioskę zaczepił nas starszy pan. Najpierw, zawołał z daleka, czy nie poszukujemy noclegu oraz czy nie jesteśmy głodni. Gdy odpowiedzieliśmy przecząco, już po cichutku, z nadzieją wyszeptał: „haszysz… haszysz”? Lecz żeby zaopatrzyć się w najlepszą na świecie marihuanę nie trzeba robić zakupów. Rośnie wszędzie przy szlaku i może być zbierana gołymi rękami.

Wyżej można dostać się już tylko pieszo
lub na końskim grzbiecie.

W miejscowości Khangsar jesteśmy już na wysokości 3756 metrów. Do wsi wiedzie kamienna ścieżka, przejezdna dla motocykli. Wyżej można dostać się już tylko pieszo lub na końskim grzbiecie. W tym miejscu zauważyliśmy, że miejscowi na wycieczkę w doliny ubierają się według mody współczesnej, czyli w jeansy i T-shirt, ale na wyprawy konne do wyżej położonych, górskich wiosek, nadal ubierają tradycyjne, tkane i wełniane ubrania.

W drugim tygodniu naszej wędrówki, znaleźliśmy się na ostatnim podejściu do najwyższego punktu na trasie, którym jest przełęcz Thorung la, położona na wysokości 5416 metrów n.p.m. Aby wejść na przełęcz, marsz rozpoczynamy jeszcze w nocy, w kompletnej ciemności. Z delikatnym pulsującym bólem głowy, maszerujemy po zmrożonym śniegu. Chłód przenika do szpiku kości przez trzy warstwy zimowych ubrań, a niemożność zaczerpnięcia pełnego oddechu staje się bardzo uciążliwa. Na tej nieznośnej dla nas wysokości dokonujemy zaskakującego odkrycia. Tu, na krańcu świata, w małym kamiennym schronie, prawie przez cały rok żyje Szerpa, który dla wszystkich przechodzących turystów przygotowuje przepyszną, rozgrzewającą, korzenną herbatę.

DSC_7141

W promieniach słońca, wypełnieni uczuciem szczęścia i dumy, zdobywamy przełęcz. Po przejściu na drugą stronę, widoki nagle zmieniają się. Przez ostatnie tygodnie cały czas zadzieraliśmy głowy do góry, teraz mamy przed sobą majestatyczną panoramę gór, a szczyty są na wysokości naszego wzroku. Przed nami jeszcze bardzo długie i męczące zejście, które przy złej pogodzie może być niezwykle niebezpieczne z uwagi na potencjalne lawiny. Wkraczamy do królestwa górnego Mustangu. Panująca tu cisza jest tak głęboka, że nie chcemy jej naruszać nawet rytmem naszych oddechów.

DSC_6384
Ostatni etap

Następne dni to marsz w dół, szlakiem na dno najgłębszej doliny świata. Przez tysiące lat przepływające tędy wody rzeki Gandaki wyrzeźbiły głęboki kanion między dwoma ośmiotysięcznikami – Annapurną i Dhaulagiri.

Tu, na niższych wysokościach w końcu możemy odetchnąć pełną piersią, a temperatury zaczynają ponownie wzrastać. Po tygodniu marszu, znów widzimy zieleń drzew. Teraz krajobraz zmienia się nie do poznania. Jesteśmy ponownie w subtropikach i na śniadanie zrywamy dojrzałe pomarańcze. Schodząc coraz niżej, zaczynamy odczuwać powrót do cywilizacji.

Hałas i szybkość miejskiego życia wciągają nas ponownie. Już po paru dniach, znów w świeżo wypranych ubraniach, siorbiąc uprzejmie gorące cappuccino w kawiarni w Pokhaże, wspominamy nostalgicznie największe góry świata.

Poprzedni artykuł
Voitek Noir
Następny artykuł
Fabryka Chmur