Lucia Vaskova & Rafał Janicki

WYDANIE: HITCHHIKER 02 – JESIEŃ 2016

SZAFRAN

Sześć kilometrów od centrum Katmandu, z chaosu miasta wyłania się jeden z największych na świecie
symboli oświeconego umysłu – buddyjska stupa Bouddanath.

Stupa oraz łączący się z nią kompleks pięćdziesięciu świątyń wpisany jest na listę UNESCO. Fotografują i podziwiają go setki turystów z całego świata. W restauracjach z widokiem na stupę jedzą lunch lub popijają kawę. Amerykanie, Rosjanie, Japończycy, Francuzi i Polacy; cały zachodni, biały świat; wszyscy spotykają się w długiej na kilkadziesiąt metrów kolejce do toalety.

Zgodnie z tradycją, stupa swoim kształtem przypomina kopiec z wieżą na szczycie. Półkulista konstrukcja stupy w Bouddanath i okalające ją mury są śnieżnobiałe. Każdego dnia, ta tysiącletnia konstrukcja pobielana jest przez grupę mężczyzn wyposażonych w wielkie szczotki zamiast pędzli i wiaderka z wapienną farbą. Codziennie odnawiany jest również ornament, przypominający płatki lotosu. Powstaje on z wody zabarwionej najdroższą przyprawą na świecie. Mężczyźni zręcznie, półkolistymi ruchami wylewają szafranową wodę na ścianę stupy, a każdy ich gest śledzony jest przez obiektywy Francuskiej wycieczki. Jutro ponownie powtórzą cały rytuał.

Kolejne grupy turystów nikną w dymie unoszącym się z wielkich kadzideł. Nepalczycy i Tybetańczycy składają ofiary. Biali buddyjscy mnisi z wygolonymi głowami, w szafranowych szatach przebiegają plac, spiesząc się na wykład. Pod ścianą siedzi nepalski mnich, który uśmiecha się szeroko, rozmawiając z kimś przez swój iPhone 5. Mijamy starą, pomarszczoną mniszkę, a ta, widząc nas, szybko podnosi się i z uśmiechem wręcza nam czerwone jabłka. Zanim zdążymy zaprotestować czy podziękować znika w tłumie.


IMIĘ DZIADKA

Katmandu. Pół metra pod powierzchnią ulicy. W ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym dwiema żarówkami siedział malutki mężczyzna, tyłem do napisu: ”Worldwide telecommunications  – Cheap calls to India” (Telekomunikacja na cały swiat – Tanie rozmowy do Indii). Dookoła, w ciasnych boksach, mężczyźni dzwonili gdzieś w świat.

Właściciel firmy wyciągnął przed siebie formularz, do którego pedantycznie przykleił mój portret, po czym zaczął wypełniać tabelki: „Imię i nazwisko”, „Adres zamieszkania i hotelu”, ‚Zawód”, „Nazwa pracodawcy”, „Data urodzenia”, „Numer telefonu”.

– Płeć? A jakie mamy opcje? – pytamy ze zdziwieniem.
Jeszcze bardziej zdziwiony mężczyzna odpowiedział:
– Trzy: mężczyzna, kobieta albo inna… kserokopia paszportu, wizy; imiona matki i ojca.
– Czy to standardowa procedura?
– Tak, ze względów bezpieczeństwa.

Jeszcze dwa odciski palców, imię i nazwisko dziadka oraz podpisy. Tak oto staliśmy się posiadaczami telefonicznej karty sim, opłaconej z góry na kwotę 500 nepalskich rupii. Za progiem szumiało Katmandu. Godzina na jego ulicach to niemal wieczność. Miasto wdziera się w głąb ciała. Zapiera dech w piersiach, przylepia pod paznokcie, włosy i szczelnie wypełnia płuca mieszanką spalin, kadzidła i pyłu. Hałas ogłusza, otumania.

To nie jest miasto, gdzie można by pójść na spacer. To katastrofa ekologiczna. Mimo to, właśnie ulice są miejscem najintensywniejszej aktywności jego mieszkańców. Pełne przechodniów, motorów, riksz i taksówek. Pomocnicy kierowców w autobusach wykrzykują zachrypłym głosem nazwy przystanków. Na każdej wolnej przestrzeni ludzie prowadzą handel, modlą się, czy po prostu siedzą i podziwiają fascynujący spektakl, który rozgrywa się przed ich oczami. Po drugiej stronie ulicy, para turystów fotografuje się w koszulkach I Love Kathmandu.


Więcej historii przeczytasz w drukowanym wydaniu HitchHiker Magazine – Jesień 2016

ZAMÓW TUTAJ

Poprzedni artykuł
HITCHHIKER MAGAZINE
Następny artykuł
ODWILŻ