Agnieszka Ostrowska & Maciej Jencz

WYDANIE: HITCHHIKER 01

Czwarty dzień w drodze, bez prysznica, powoli zaczyna nas męczyć. Jednak przez zakurzone okna oldschoolowego campera widać już białe, niskie domki z ogromnymi oknami – typową architekturę Danii. W tej okolicy nawet koty wydają się mieć tylko białą sierść. Na schludnych uliczkach, ogrodzonych przystrzyżonym żywopłotem nie widać żywej duszy. Nasz wehikuł wygląda tutaj jak ubłocony student w drogiej restauracji. W rzeczywistości tak też się czujemy, ale zupełnie nam to nie przeszkadza.


Dziś czeka nas ostatnia noc w domu na kółkach. Michał, kierowca z dreadami, raczący nas podczas podróży Bobem Marleyem, znalazł właśnie idealne miejsce na całonocny postój. Biała, duńska plaża, widok deszczu bombardującego morze Północne i zapach bryzy rozpędzanej chłodnym wiatrem. Wieczorem pogoda pozwala nam na wyjście ze schronienia, rozpalenie ogniska i seans filmowy na ścianie campera.

Poranek jest słoneczny. Jednak, to nie słońce nas rozbudza, ale Michał wjeżdżający na wyboiste rondo i talerze, które atakują nas z niedomkniętych szafek. Zaspane oczy szybko otwierają się na widok ogromnego promu, zacumowanego na końcu kolejki samochodów. „Norrona” to statek przypominający ośmiopiętrowy, luksusowy budynek, z tłumem ludzi na ogrodzonym barierką dachu. Podróż promem to ostatni odcinek dzielący nas od celu jakim są Wyspy Owcze.

aga_ostrowska_maciek_jencz_faroe_24
Płynący wieżowiec

32 godziny podróży są urozmaicone wieloma atrakcjami – basenem, jacuzzi, salonem gier, kinem czy barem… Dla nas największą z nich bezwzględnie jest… prysznic! Po długiej kąpieli przesypiamy większość trasy w budżetowej opcji noclegowej, czyli kuszetkach na najniższym pokładzie. Przypominają one piętrową puszkę po sardynkach nie tylko wielkością i ściskiem, ale niestety także zapachem. Prom płynie na Islandię, robiąc w połowie drogi krótki postój na Wyspach Owczych. Tam zostawia mieszkańców małych wysp, wracających z zagranicznych zakupów lub wakacji, a także garstkę podróżników ciekawych świata i kilku zaskoczonych swoim położeniem turystów. Nasi camperowi przyjaciele jadą osiedlić się na Islandii, my – chłopak z dziewczyną, ledwo wystający zza swoich trzydziestokilogramowych plecaków, zaczynamy swoją wymarzoną podróż po nieodkrytych 18 wyspach pełnych owiec.

Prom przybija do portu w Thorshavn – stolicy liczącej niecałe 18 tysięcy mieszkańców. Myślimy, że 80% z nich ubranych jest w swetry z owczej wełny, a pozostałe 20% chodzi w wełnianych śpioszkach. Nie mamy mapy, ani ścisłego planu na najbliższe dwa tygodnie, co od dawna jest cechą naszych wyjazdów. Chcemy poznać nowe miejsce i mieszkańców, nie patrząc przez pryzmat wystudiowanych przewodników. Nawet gdyby bardzo nam na tym zależało, nie byłoby takiej możliwości. Wyspy Owcze są niewidoczne na co piątej mapie, a co dopiero w przewodniku turystycznym.

FAROE_01__145x100cm
Nie liczy się cel

Stolicę można dokładnie zwiedzić w jedno przedpołudnie, jednak nasze plecaki pozwalają nam jedynie na przepełznięcie w tym czasie przez główny deptak. Odbijamy się od zamkniętych drzwi budynku Informacji Turystycznej. Tym samym, jesteśmy zmuszeni przełożyć zdobycie mapy na następny dzień. Ruszamy asfaltową drogą w stronę gór, z myślą o rozbiciu namiotu na obrzeżach stolicy. Pogoda jest wietrzna, słońce przebija się przez pędzące chmury, ale temperatura, jak na wędrówkę z plecakiem jest bardzo przyjemna – nieco powyżej 15 stopni.

Mija nas pierwsze auto na przeciwnym pasie. Kierująca nim kobieta pyta po angielsku, czy nas gdzieś nie podwieźć. Nie wiemy dokąd zmierzamy, więc machamy ręką i uśmiechnięci wędrujemy dalej. Po chwili, kobieta zawraca na rondzie, parkuje na środku ulicy robiąc mały korek i przekonuje nas, że z chęcią zawiezie nas tam, gdzie chcemy. Nikt w korku nie denerwuje się ani nie trąbi. Wszyscy przyglądają nam się z uśmiechami na pełnych spokoju twarzach. Teraz, pamiętając zwyczaje drogowe w naszej ojczyźnie, przypominamy dwa zszokowane słupy. Pakujemy się do starej osobówki i jedziemy w nieznane z roześmianą, gadatliwą, rodowitą Farerką. Mieszkanka Wysp Owczych pokazuje nam kilka miejsc na rozbicie namiotu, kompletnie zbaczając ze swojej wcześniejszej drogi.

W końcu znajdujemy idealne miejsce nad strumieniem i żegnamy się z panią, dzięki której do końca dnia zostały nam uśmiechy na twarzach. Rozkładamy nasz żółty domek na jedynym wolnym od wzniesień i skosów kawałku wysokiej trawy, położonym nad wodą. Rozglądamy się za właścicielem trawnika i po chwili wypatrujemy człowieka w czerwonym traktorze, przemierzającego drewniany, trzeszczący mostek. Zakrzykujemy z zapytaniem, czy nie sprawimy kłopotu obozując w tym miejscu. Widzimy kolejny szczery uśmiech, słysząc jedynie, aby przenieść namiot na drugą stronę rzeczki jeśli nie chcemy być przypadkiem skoszeni o poranku przez sąsiada.

Pomimo późnej pory, słońce wciąż wędruje po niebie. Jest lato. W miejscu tak bliskim strefy podbiegunowej noce o tej porze roku są białe, jak domy w Danii, a księżyc widnieje dosłownie przez chwilę. Czyste powietrze, cisza, zapamiętane uśmiechy i spokój są jak wielki akumulator podłączany na noc do głów, ładujący zmęczone miastem baterie.

FAROE_10__100x70cm
Przygoda spowita mgłą

Nazajutrz, wracamy do Informacji Turystycznej po mapę i coś do picia. Najtańszy w sklepie okazuje się koncentrat soku pomarańczowego. Zmieszana z wodą ze strumienia i kieliszkiem czystego, polskiego odkażacza mikstura dostarcza orzeźwienia. Ma smak, a także nie przysporzy nam bólu brzucha na wypadek nieczystości potoku. Wracamy z centrum miasta z mapą w kieszeni i sokiem w plecaku. Naprzeciw wychodzi młody chłopak o niebieskich oczach i bardzo jasnych blond włosach, z notatnikiem w piegowatej dłoni. Ankieter, ucieszony widokiem podróżników, chce przeprowadzić z nami krótki wywiad. Zaprasza nas do kawiarni na świeży sok. Pod koniec rozmowy robi nam wspólne zdjęcie i wręcza płytę z farerską muzyką. Piosenki odsłuchamy dopiero w domu, ale wnioskując z okładki, jest tam cały przekrój gatunków śpiewany w owczym języku.

Błąkając się po mieście i studiując mapę, natrafiamy na dziewczynę z tej samej firmy prowadzącej ankiety. Nie przeszkadza nam to w krótkiej pogawędce. Pełna ciepła rozmowa prowadzi nas do samochodu ankieterki, która chce pokazać nam po pracy kawałek zamieszkiwanej przez siebie wyspy. Wysiadamy w Kollafjørður – wiosce z kilkunastoma domami i pastwiskami pełnymi owiec. Uwalniamy się od ostatnich śladów miejskości. Przed nami rozciąga się widok pełen zielonych, poszarpanych wzgórz, przecinanych strumieniami spływającymi do zatoki. Nad jej wysokim brzegiem rozsiane są kolorowe domki z trawą na dachach. Wspinamy się na stromą górę, dysząc od ciężaru plecaków. Po drodze mijamy „ptaki ostrzegawcze”, wydające pisk, który przypomina uruchomiony alarm samochodowy. Rozbijamy nasz żółty namiot na jednej ze skalnych półek przy strumieniu, fachowo nazwanego brodzikiem. Niczym Makłowicz w podróży, uruchamiamy zakupioną w Danii kuchenkę turystyczną, gotując polską pomidorówkę instant.


Wszyscy się znają

Moglibyśmy pomyśleć, że to przez jaskrawy kolor naszego namiotu, ale rozsądek podpowiada, że to jednak kwestia zaludnienia. Na 18 wyspach mieszka mniej ludzi niż w jednej warszawskiej dzielnicy. Gdy jest tak mało osób, panuje zasada podobna do tej na wsi – wszyscy się znają i wiedzą, kto nowy ich odwiedza. To dlatego, gdy złapaliśmy na stopa właściciela pobliskiej stacji benzynowej, ten natychmiast spytał, czy to my jesteśmy właścicielami namiotu rozbitego w dość ekstremalnym miejscu.

Przez następne dni, podróżując autostopem, zwiedzamy wyspy, na które da się dojechać dzięki mostom, tunelom i krętym drogom, prowadzącym przez góry. Są tu także wysepki, na które można dotrzeć tylko helikopterem. Jednak, aby polecieć na taką wyspę, należy najpierw zadzwonić do zamieszkującej ją rodziny. Nie wypada przecież lądować na czyimś podwórku bez wcześniejszej zapowiedzi. Widoki na wyspach zapierają dech w piersiach, ale nic nie równa się z uprzejmością ich mieszkańców. Zdecydowanie, jest to najmilszy naród, z jakim mieliśmy do czynienia. Odsetek przestępczości jest jednym z najmniejszych na świecie, a więzienie wygląda jak wakacyjny kurort. Ale po co kraść, skoro wszyscy pożyczają sobie rzeczy, ratują się w potrzebie i znają się nawzajem?


Viðareiði

W drugim tygodniu docieramy do Viðareiði na wyspie Viðoy. Jest to równie pełna owiec wioska co pozostałe, jakie widzieliśmy. Na wyspach przypada 1,5 owcy na jednego mieszkańca, czyli tych puchatych stworzeń jest prawie o połowę więcej niż ludzi! Przemoczeni łowieniem obiadu w porcie Klaksvík, cieszymy się na widok słońca świecącego nad wioską, znajdującą się zaledwie po drugiej stronie góry.

Strażnikiem Viðareiði jest monumentalny, skalisty klif, spadający wprost do burzliwego oceanu. Jest najwyższym przylądkiem na Świecie. Nie udało mu się jednak zyskać rozgłosu, z powodu swojego mało turystycznego położenia. Aby się na niego wdrapać, trzeba iść szlakiem wytyczonym przez niebieskie tyczki. Patyki są powbijane w księżycowy teren klifu w sporych odległościach od siebie, wskazując drogę na sam szczyt potwora. Powiedzieli nam o nich chłopcy z wioski, którzy kiedyś sami wspinali się na górę. Z kolei, rodzina mieszkająca u stóp skały nie ma nawet pojęcia, skąd rozpocząć wędrówkę. Po takich informacjach i niewygodnej wspinaczce mamy wrażenie, że tyczki wbiły tam dla zabawy znudzone jedzeniem trawy owce. Stworzenia towarzyszą nam praktycznie cały czas w drodze na siedemsetmetrowy szczyt.

Gdy nachodzą nas myśli, że już wyżej, dalej i stromiej się nie da, napotykamy kolejne owcze ślady… W trakcie wędrówki pogoda zmienia się co chwilę – od słońca, po chmury, deszcz, wiatr i chwilę księżycowego zmierzchu. Na szczycie czeka nas niesamowity widok wyłaniającego się z wody, prawie kilometrowego, skalistego zbocza i trzaskających na dole fal. Wszystko to jest jednak przykryte gęstą mgłą, co pozostawia jedynie pole do popisu własnej wyobraźni.


Niedzielna rozrywka

Kilka dni później mamy okazję zobaczyć klif z pozycji wody. Zapoznany wcześniej młody Farer Hans, nazywany przez przyjaciół Jakubem, wpada do naszego namiotu z jak zawsze ogromnym uśmiechem na twarzy i zabiera nas na wspólne wędkowanie z kutra. Na łodzi czeka jego rodzina i przyjaciele. Wszyscy entuzjastycznie nas witają i częstują ciężko dostępnym tu piwem. Wiatr przywiewa z morza smak soli, podarowane piwo przenosi nas do energicznych rozmów i żartów.

Z mgły wyłaniają się sylwetki ludzi,
wspinających się w gumowcach po pionowej skale.

Podpływamy do ściany klifu, silnik gaśnie, a z mgły wyłaniają się sylwetki ludzi, wspinających się w gumowcach po pionowej skale. Ich jedynym zabezpieczeniem jest stara lina. Okazuje się, że to kolejni znajomi, a naszym zadaniem jest ściągnięcie ich na kuter. Blondyni o jasnobłękitnych oczach, ubrani w swetry z owczej wełny, wskakują na dryfującą łódź. Zadowoleni rzucają na pokład statku pęk związanych, kolorowych ptaków. To maskonury, zwierzątka przypominające małe pingwiny, będące wyjątkowym przysmakiem na wyspach, gdzie gleba pozwala na wyhodowanie jedynie ziemniaka i marchwi. Aby upolować siatkę ptasiego rarytasu, nastolatkowie w gumiakach byli pozostawieni na kilka dni w prowizorycznej chacie, zbitej z desek, przyklejonych do ściany klifu. Mieli zapasy jedzenia na tydzień, ponieważ sztormowa pogoda nie zawsze jest łaskawa, pozwalając łodzi na podpłynięcie blisko klifu już drugiego dnia.

Po odstawieniu chłopaków na brzeg, płyniemy na obiecane wędkowanie. To rodzaj tutejszej rozrywki. Ryby łowi się krótkimi wędkami, spuszczając kilkadziesiąt metrów plecionki tak, aby przynęta lawirowała tuż nad dnem oceanu. Nić zakończona jest przynętami zamocowanymi w taki sposób, żeby za jednym razem można było złowić nawet kilka ryb. Kapitan kutra patroszy je na bierząco, wyrzucając szczątki za burtę, gdzie czekają rozgorączkowane mewy. Kiedy widzą zdobycz, dziobią się wzajemnie, kłócą i przepychają, pozwalając na utonięcie nietkniętej kolacji…

Dla nas, dzień kończy się kąpielą w strumieniu i kolacją ze świeżo złowionych ryb. Cała siatka filetów starczy nam jako posiłki już do końca wyjazdu, o ile nie dorwie się do niej wełniany sąsiad.


Owczy rytuał

Nie możemy uwolnić się od magii tego miejsca, dlatego rozpoczynamy kolejny dzień na Viðoy. Zaspani, wychodzimy z namiotu wywabieni odgłosem pokrzykiwań, dochodzących z pobliskich gór. Czekamy na ludzi, którzy jak się okazało, zganiają owce. Dziś przyszedł dzień strzyżenia. Zaproszeni przez jednego z właścicieli pędzonego stada, dołączamy do odbywającego się co 4 miesiące rytuału. Zagonione do kamiennej zagrody barany, tłoczą się w kolejce do ścięcia puchatego runa tradycyjnymi nożycami. W międzyczasie, dzieci gonią psy pasterskie, dorośli piją piwo, częstują nas domowym ciastem i kawą. W okolicy słychać tylko odgłosy owiec, trzask nożyc oraz gwar rozmów przy pachnących wypiekach. Wypuszczone na wolność, gołe owieczki pędzą jak najdalej od ludzi, w obawie o utratę czegoś więcej niż runa. Do nas podchodzi młoda dziewczyna. Ma ufarbowane włosy, ale oczy i jasna cera zdradzają jej pochodzenie. Przedstawia się jako prezenterka radiowa i prosi nas o wywiad. Mimo uczucia skrępowania, nie możemy odmówić – jest równie miła jak reszta napotkanych Farerów. Na koniec zaprasza nas na wspólny domowy obiad. Wsiadamy na pakę pickup’a i jedziemy do przytulnego domu, wypełnionego głodnymi ludźmi. Przy stole jesteśmy wypytywani o życie w Polsce i o nasze wrażenia z wyjazdu do tego pozbawionego turystów miejsca. Na wiadomość, że to najlepsze wakacje życia, podczas których spotkaliśmy więcej życzliwych dusz niż przez cały rok, uśmiechają się nie tylko usta ale i oczy gości siedzących przy stole.

Prom z ciepłym prysznicem nie jest żadną zachętą do opuszczenia wysp. Jednak musimy wyjechać pamiętając intensywny zapach serowej zupy, fioletowy kolor owczej nogi suszonej na wietrze, podanej jako rarytas i dźwięki owczych sąsiadów obok namiotu. Do krainy bez drzew, z wiecznie zmieniającą się pogodą i uśmiechniętymi oczami mieszkańców w wełnianych swetrach wrócimy jeszcze nie raz.

Poprzedni artykuł
Mnich z Morza
Następny artykuł
Voitek Noir