Agnieszka Ostrowska

WYDANIE: HITCHHIKER 01

Szeroka, kamienista, ledwo ubita droga prowadzi mnie, jedenastoletnią dziewczynkę w otoczeniu kolegów do kłębowiska białego dymu. Zajmuje on większość nieba w naszej bieszczadzkiej okolicy. Kierowani ciekawością, wdrapujemy się pod stromą górkę, na szczycie której widnieje tajemnicze i nieodkryte dotąd przez nas miejsce. Przy ścieżce na skraju lasu znajduje się plac, wypełniony ogromnymi, zardzewiałymi piecami. Każdy z nich ma cztery długie kominy, z których wydobywają się ogromne ilości białego dymu rozprowadzanego po niebie. Miejsce przypomina fabrykę chmur.


Nieopodal pieców stoi prowizoryczna chatka, zbudowana z kilku desek, foliowych płacht i dachu, opatrzonego logo firmy produkującej lody. Przed domkiem szczeka mały psiak ze zwichniętą łapą, jednak ani śladu po jego właścicielu. Po wykorzystaniu pokładów odwagi na zbliżenie się do dymiącego obiektu postanawiamy zawrócić… Kilka dni później, w upalne przedpołudnie, wędrujemy całą grupą wraz z opiekunami naszego obozu nad zatokę potoku Czarnego, do miejscowości Chrewt. Prowadzeni krętą asfaltową drogą, zbliżamy się do obranego celu, który poznajemy po pobliskim barze z niebieskimi parasolami. Moją uwagę przykuwa człowiek opierający się o framugę drzwi wejściowych baru „Moklik”. Jego twarz jest całkowicie czarna od sadzy, a dłonie i nogi wystają spod przetartego ubrania. Je żółtego jak słońce banana. Ten widok zapada mi na długo w pamięć, przez co kilkanaście lat później postanawiam na nowo poznać dawno odkrytą fabrykę chmur i jej umorusanego właściciela.

agnieszka_ostrowska_wypalacze_04_O
Dorosłe spojrzenie na fabrykę chmur

Pewnego razu wsiadłyśmy z przyjaciółką do samochodu i już chyba po raz setny ruszyłyśmy w kierunku Bieszczad. Jest listopadowy wieczór. Jedziemy odwiedzić znajomego w Osławicy, tym razem z nowym celem – oprócz odpoczynku i górskich wypadów, chcemy też odnaleźć temat do zdjęć, który zapadł nam w pamięć w czasach dzieciństwa. Dopiero nad ranem dojeżdżamy do Artura i po całej nocy jazdy samochodem idziemy spać. Po południu, wypytujemy naszego miejscowego informatora o pobliskie wypały węgla, po czym ruszamy na ich poszukiwania. Po godzinie wędrówki błotnistym zboczem, natrafiamy jedynie na pracowników ścinki drzewa z niezaładowanym wozem. Po krótkiej rozmowie, podwożą nas na drewnianej pace do drogi głównej i wskazują kierunek. Niestety zapada zmrok, więc ukryty wypał musi poczekać do jutra. Wstajemy wypoczęte po nocy w ukochanym miejscu, wsiadamy do auta i jeździmy po okolicy, szukając znajomego dymu. Prawo Murphy’ego jak zawsze nas nie zawiodło. W momencie, gdy już rezygnujemy z dalszych poszukiwań, pojawia się widoczna w oddali chmura dymu.

agnieszka_ostrowska_wypalacze_16_O

Zostawiamy auto przy omszałej chatce przystanku i ruszamy w jej stronę. Po chwili, ukazuje się nam nie jeden wypał, ale cała fabryka. Przez wszystkie lata spędzone na wycieczkach w Bieszczady, nie widziałyśmy jeszcze tylu pieców. Wzdłuż ścieżki jest co najmniej jedenaście starych, ale w pełni funkcjonujących retort. Z większości leci dym, natomiast część jest otwarta i widać wysypujący się, przepalony węgiel. Inne są puste, gotowe do załadunku. Tak, jak przy innych wypałach, tutaj również widnieje stary barak, będący zapewne siedzibą pracowników. Mijamy szlaban z tabliczką „teren prywatny” i zmierzamy ku trzem mężczyznom, stojącym przy piecach. Zagadujemy nieśmiało do najmłodszego. Pan odpowiada na nasze pytania związane z wypałem, choć sam nie pała zbytnio sympatią. Atmosfera nie należy do przyjemnych. Czujemy się jak intruzi w czyimś ogródku. Oczywiście, aparat spoczywa na ramieniu, jednak postanawiam nie fotografować nic ani nikogo, widząc niechęć pracowników. Powoli oddalamy się, rezygnując z wyzwania stworzenia fotograficznej historii. Ala, idąc przodem, jest już w połowie drogi do samochodu. Ja, bijąc się z myślami, w podłym nastroju, dostrzegam mężczyznę stojącego na szczycie pieca.

Niunia, nam tylko jeden gość zrobił kiedyś zdjęcia!

Zbierając resztki odwagi, jako mała istotka podchodząca do niegościnnej grupy wypalaczy, krzyczę do człowieka na piecu:
– Mogę zrobić Panu zdjęcie, tam, na piecu?
Jak sama się spodziewałam, odpowiedź była negatywna. Jednak szanuję tę decyzję i chowam aparat. Widząc to, mężczyzna schodzi z pieca, obejmuje mnie i mówi:
– Niunia, nam tylko jeden gość zrobił kiedyś zdjęcia! Ale on to dwie flaszki postawił!
Puścił oko i uśmiechnął się. Ucieszona, pożegnałam się z nim dziarskim „Do zobaczenia!” i odeszłam w stronę spróchniałego przystanku. Gdy tylko uruchomiłyśmy silnik, zaczął padać deszcz. Tym razem ruszamy w przeciwnym kierunku, niż dom Artura – jedziemy do sklepu, zlokalizowanego w pobliskiej wiosce po dwie butelki czystej.

agnieszka_ostrowska_wypalacze_09_O
Oczarowana przez niewypalone dusze

Budzimy się podekscytowane i lekko zestresowane pierwszym dniem. Dojeżdżamy do wypału około godziny 9.00. Pukamy do drzwi baraku. Otwiera nam poznany wczoraj mężczyzna, a na twarzy maluje mu się znaczący uśmiech. Stawiam flaszkę na stół i słyszę:
– Niuuunia, nas przecie jest dwóch!
Szybko się reflektuję, sięgając do plecaka po drugą butelkę. Zadowoleni panowie komentują to słowami:
– Teraz to Ci mogę na tym piecu nawet zatańczyć!
Oboje śmieją się przez chwilę. Atmosfera się rozluźnia, przedstawiamy się Mietkowi i Wojtkowi. Okazuje się, że to bardzo miłe i pełne ciepła dusze, jednak przez nachalnych turystów, którzy nie szanują ich prywatności robiąc zdjęcia z ukrycia są nieufni, skryci i negatywnie nastawieni do „obcych”.
Wspólnie oglądamy ich pracę. Zimny wiatr nie dobiega w okolice gorących pieców, dlatego Panowie są ubrani jedynie w lekkie swetry. Ładują wielkie kłody drewna do pieca wyłącznie przy pomocy małej siekierki i siły swoich rąk. Następnie rozpalają, używając starych szmat i przez dobę doglądają przepalanego drewna, wbijając w nie długi kij przez wlot na szczycie pieca. Dochodzi godzina 11.00 – czas na gorący napój i papierosa. Chowamy się w baraku ocieplanym kozą i wypijamy po mocnej herbacie. Wczesna godzina okazuje się być porą niemal obiadową dla pracowników wypału, którzy codzienną pracę zaczynają o 5.00 rano. Rozgrzani prądem z herbaty wracamy na plac…

agnieszka_ostrowska_wypalacze_14_O

Mijają kolejne dni. W końcu nadchodzi czas powrotu do domu – do przyziemnych obowiązków, pracy i szkoły. W snach wracają opowieści Mietka o wilkach, snute wieczorami w baraku przy akompaniamencie trunku z karmelowych kukułek.
Po wywołaniu filmów i zrobieniu odbitek nie mam już wątpliwości, że należy tam wrócić. Z tym postanowieniem rozpoczynam Nowy Rok, który okazuje się bogatszy w Bieszczadzkie wycieczki bardziej niż wszystkie dotychczas. Z nadejściem wiosny, ponownie witam znajomych wypalaczy, tym razem odwiedzając ich z moim serdecznym przyjacielem, pracującym niegdyś w tej okolicy. Po wejściu do baraku od razu widać, że Panowie się znają. Dzień pracy mija wyjątkowo szybko, gdy towarzyszą w niej znajomi goście. Ponownie spędzamy kilka dni na odwiedzinach, pijemy herbatę z brzoskwiniowym syropem domowej roboty. Rozgrzewamy się kolejką czystego trunku, pijąc z jednego kieliszka, przekazywanego z rąk do rąk…

agnieszka_ostrowska_wypalacze_10__O_druk
Uzależniające powroty

Pewnego majowego ranka, podczas kolejnej wyprawy w znajome strony, budzi nas piękna pogoda i ciepły wiatr. Prowadzi nas do znajomej chatki, wypełnionej zapachem palonego drewna. Jest sobota. Dziś Mietek i Wojtek ubrani są nieco inaczej, niż do codziennej pracy. Nadszedł dzień wypłaty. Szybko przekazane wynagrodzenie spoczywa w kieszeni, a na plac wjeżdża spory zielony samochód. Gdy podchodzimy do okna, miła Pani o blond włosach odsuwa tylne drzwi ukazując nam… asortyment swojego obwoźnego sklepu! Panowie kupują kiełbasę, piwo, chrupki, baterie do latarki, aspirynę i kilka słoików na najbliższe obiady. Roześmiana sprzedawczyni odjeżdża spożywczym wehikułem, zostawiając nas ze smakowitymi zapasami.

agnieszka_ostrowska_wypalacze_07

Kolejne miesiące również łączą się z odwiedzinami wypału. Lato w duszne upały, początki zimy z pierwszym szronem i jesień z płynącymi błotem potokami.

Jedna z wizyt wypadła nam tuż po świętach, lecz na wypale nie spotkaliśmy nikogo poza spłoszonym stadem saren. Przez większość roku pracownicy mieszkają w blaszanym baraku, jednak na święta wracają do swoich rodzin.

Przy kolejnej wyprawie, oprócz naszych znajomych, spotykamy nowego członka ekipy. Jak się okazało, pracuje w zastępstwie młodego chłopaka, poznanego podczas mojej pierwszej wizyty. Energiczny facet w jaskrawo żółtej czapce ciągle się wygłupia, chodząc wszędzie ze swoim „piweczkiem”. Pracuje przy piecu chłopaka, którego zastępował, opowiadając o sobie niezliczone historie.

agnieszka_ostrowska_wypalacze_02_O

Po roku, okazuje się, że znam już całkiem sporo osób, przewijających się przez miejsce wypału. Czasem, zupełnie przypadkiem, spotykam je w innych Bieszczadzkich stronach. Teraz, niekoniecznie z aparatem, ale gdy tylko jestem w pobliżu, zawsze pukam do drzwi baraku chcąc podzielić się domowym ciastem, pokazać odbitki portretowanej pracy, czy po prostu napić się herbaty z syropem…

Poprzedni artykuł
SLOWLY SLOWLY
Następny artykuł
HITCHHIKER MAGAZINE