Hitchhiker Magazine

WYDANIE: HITCHHIKER 03

Pogodne przedpołudnie na gruzińskim brzegu rzeki Ingur. Niebo jest błękitne, powietrze rześkie, a słońce ogrzewa twarze zmęczone nocnym lotem. Otoczeni garstką pasażerów naszej marszrutki, zmierzamy w stronę mostu granicznego. Na abchaską stronę przechodzi kilka kobiet z wózkami pełnymi dobrodziejstw, zakupionych na targu w Zugdidi i starszy mężczyzna toczący przed sobą połataną oponę samochodową. 


Tych bardziej leniwych przewiozą bryczki rodem z cygańskiej karawany, czekające na błotnistym parkingu tuż przed szlabanem. Miejscowym nikt nie sprawdza dokumentów. Na gruzińskiej stronie nie ma nawet posterunku straży granicznej. Jest za to budka policjantów, którzy spisując dane z naszych paszportów pytają o plan podróży, znajomych z Abchazji i ostatnie sukcesy Lewandowskiego.

Po przekroczeniu rzeki zatrzymujemy się przy drewnianej stróżówce i przez rozbite okienko podajemy dokumenty rosyjskiemu oficerowi. Ten ocenia autentyczność pozwoleń wydrukowanych z maila od naczelnika służby konsularnej i po kilkunastu minutach pozwala przejść do ostatniego punktu kontroli, gdzie abchascy strażnicy bez problemów wpuszczają nas do swojego kraju.

Mijamy taksówkarzy przekrzykujących się w ofertach do Gali i Suchumi. Wystawiamy kciuk w stronę auta parkującego pod pobliskim sklepem i już po chwili ruszamy w trasę, poznając Nadara – młodego, wysokiego chłopaka o ciemnych oczach i serdecznym uśmiechu. Jego Mercedes z ’89, jeden z dwóch takich w całej Abchazji, gładko sunie po wyremontowanej nawierzchni, rozmazując pomarańczowe akcenty na tle zielonego krajobrazu za oknem. Nadar pragnąc pokazać nam swój kraj, zjeżdża na podwórko pełne mandarynkowych drzew. Właściciel nie ma nic przeciwko niespodziewanym gościom. Pokazuje nam swoje sady, częstuje mandarynkami i hurmą – słodkim owocem podobnym do pomidora, na który u nas mówi się kaki.

Po południu dojeżdżamy do wioski, w której powinien znajdować się nasz hostel, ale nawet miejscowi mają problem z odnalezieniem właściwego adresu. Na szczęście, gościnność Nadara nie pozwala mu zostawić nas bez noclegu i za symboliczną kwotę proponuje nam kwartirę u swojego przyjaciela. Jedziemy do Suchumi – stolicy Abchazji, gdzie mieszka Nadar, jego kumpel Maksim, a wkrótce i my.


Suchumi

Kremowy Mercedes toczy się promenadą wśród palm. Z głośników płynie Aretha Franklin, a przez uchylone okna wpada ciepły wiatr. Przez chwile czujemy się jak w Miami, a nie jak w zbombardowanej stolicy tuż po wojnie. Kierowca co chwilę trąbi, pozdrawiając swoich znajomych. Zapominamy o stresie i pogłoskach o niebezpiecznej, zniszczonej Abchazji. Uśmiechamy się do siebie w duchu, z myślą, że właśnie takiego miejsca szukaliśmy.

Nadar jedzie do mieszkania okrężną drogą, pokazując nam opuszczony budynek Rady Ministrów, ogród botaniczny, stację hodowli małp, teatr, centrum handlowe w budowie oraz port. Na wszystko patrzy z dumą i można by pomyśleć, że chwali się swoim pięknym miastem przed gośćmi z Europy. Zaraża nas swoim entuzjazmem, przez co stolica wielkości Łomży podoba nam się jeszcze bardziej. Tutejsze budynki wciąż noszą ślady wojny, drzewa wyrastają spod stosu gruzów, a przy głównym deptaku czynne jest tylko kilka restauracji. Miasto dopiero teraz podnosi się po konflikcie. Nadar opowiada nam o inwestycjach, dzięki którym Suchumi odzyska dawny blask i podsumowuje sytuację krótkim Wsio stroitsja!. Patrzymy na wszystko z panującym tu optymizmem, wyobrażamy sobie jak miasto musiało wyglądać przed wojną. Spacerując wzdłuż morskiego brzegu zamykamy oczy, a wyobraźnia daje nam do zrozumienia, że to miejsce nie bez powodu nazywane było riwierą wschodu.

Nad miastem góruje opuszczony budynek Rady Ministrów. Kilkanaście pięter betonu, powybijane szyby, brak ogrodzenia i zabezpieczeń. Spytaliśmy miejscowego, czy policja nie ma nic przeciwko wejściu do ruiny, która grozi zawaleniem. Uśmiechnął się tylko i odparł Niet probljem!.

Stojąc u stóp budowli, na jej dachu dostrzegamy chłopaka, który siedzi na gzymsie wystającym poza krawędź elewacji i spokojnie pali papierosa. Skoro on mógł tam wejść, to i my poszukamy drogi. Okazuje się jednak, że odnalezienie klatki schodowej, która prowadzi na najwyższe piętro wcale nie jest takie proste. Wnętrze budynku powoli pochłania przyroda. Drzewka i krzaki rozsiały się na korytarzach i w pokojach, a dach porośnięty jest mchem i kępami trawy. Butelki i paczki po chipsach są dowodem na to, że nie jesteśmy jedynymi amatorami tej budowli.

Widok z góry nie rozczarowuje. Z dachu miasto wygląda jak wielka makieta, na której maleńkie samochody krążą pomiędzy budynkami, turkusowe niebo odbija się w wodach Zatoki Suchumskiej, a wysokie góry gładko schodzą na wybrzeże, aby zatrzymać się na nadmorskiej promenadzie gęsto obsadzonej palmami.

Abchazja_HH_005_
Gagra

Latem przez Abchazję przetaczają się tłumy rosyjskich turystów, a w miesiącach zimowych na ulicach i w restauracjach goszczą pustki. Spotkać można niemal wyłącznie miejscowych. Najbardziej popularnym kierunkiem letnich wycieczek jest jezioro Ritza, lecz w grudniu wypady w góry są tu praktycznie niemożliwe. W nadmorskich miejscowościach można zobaczyć wyblakłe plakaty, przedstawiające piękne jezioro z okazyjną ceną wycieczki. Zachęceni tym widokiem wsiedliśmy do marszrutki jadącej do Gagry – popularnego kurortu i punktu wypadowego nad jezioro z plakatów. Podziwiając krajobraz za oknem, nasz wzrok zatrzymuje się na chłopaku, który prowadzi na smyczy małego… niedźwiedzia! Komentując tą niecodzienną scenkę przegapiliśmy swój przystanek, przez co wysiadamy dopiero przy granicy z Rosją. Kierowca lekko zmieszany naszą obecnością, pokierował nas do busa powrotnego i upewnił się, że tym razem dojedziemy do celu.

Nasz wzrok zatrzymuje się na chłopaku, który prowadzi na smyczy małego… niedźwiedzia!

Wysiadamy w opustoszałym mieście, słońce powoli chowa się za górami, po turystach ani śladu. Krążymy po wąskich alejkach, powoli myśląc o noclegu. Podążając za resztkami pozrywanych plakatów ze zdjęciem jeziora, zagadujemy przez bramę właścicielkę puszystego kundelka. Okazuje się, że pomimo ładnej pogody na wybrzeżu, góry spowite są wysokim śniegiem, który pokona tylko dobre terenowe auto. Znajomy miłej pani oferuje nam podwózkę, jednak z powodu ceny jaką zaproponował niestety musimy zrezygnować. W międzyczasie zapadł zmrok. Docieramy na przystanek autobusowy z nadzieją złapania jakiegoś transportu do Suchumi. Zaczepia nas kierowca busa zmierzający do domu po męczącym dniu w pracy. Macie aparat? Pyta z zaciekawieniem. Bo złowiłem piękne ryby i musicie zrobić zdjęcie! Fotografujemy okazy wielkości małych śledzi i rozmawiamy o naszych szansach na powrót, są niewielkie – trzeba czekać. Jednak gdyby nic nie przyjechało, kierowca – rybak proponuje nam nocleg na kanapie w swoim domu. Machnęliśmy mu na pożegnanie, rozprawiając o dobroci tutejszych ludzi, gdy nagle podjechał ostatni autobus do Suchumi.


Całą historię przeczytasz w drukowanym wydaniu HitchHiker Magazine – Zima 2017

ZAMÓW TUTAJ

Poprzedni artykuł
HITCHHIKER MAGAZINE
Następny artykuł
HITCHHIKER MAGAZINE